Ludowa historia polskiej transformacji

- T.K. Neuropkin

Zapewne każdy słyszał kiedyś następującą wizje historii III RP:

Przed 1989 w naszym mieście istniały świetne fabryki, wszystko pracowało non stop na 3 zmiany. Ludzie mieli prace, był przemysł. Potem przyszły zmiany, przyszedł Balcerowicz i wszystko pozamykali, wszystko padło, majątek rozkradli i zniszczyli. To była zbrodnia, nikt nie poniósł za to odpowiedzialności.

Jeśli chcemy usłyszeć tego rodzaju opowieść wystarczy zapytać starszych taksówkarzy np. w Łodzi czy innych przemysłowych miastach o to, co zmieniło się w ich miastach za ich życia.

Do niedawna ta narracja o polskim kapitaliźmie nie była traktowana przez publicystów, dziennikarzy, ekonomistów serio. Istniała oczywiście w polskiej sferze publicznej, była wyrażana przez polityków np. takich jak Andrzej Lepper, który najgłośniej chyba krzyczał: “Balcerowicz musi odejść”. Nikt jednak nie traktował tej opowieści specjalnie poważnie. Frustracja i poczucie krzywdy wyrażone w tych słowach nie było traktowane jako głos w dyskusji, było raczej traktowane jako symptom, jako pewien stan psychiczny. Ot, ludzie pkrzywdzeni przez transformacje czują się urażeni, narzekają na swój los. Nie dostrzegają szerszego obrazu, nie widzą, że kraj jako całość skorzystał na przemianach, wzrosło PKB, wzrosły pensje, ludzie mają lodówki, pralki itp.

Ekonomia Leppera

“To nie jest kraj dla pracowników” Rafała Wosia próbuje nadać ludowej mądrości łódzkich taksówkarzy jakąś racjonalną, akademicką forme. Tematem książki jest właśnie transformacja, w szczególności jej społeczne koszty. Woś próbuje zakwestionować istniejący w Polsce konsensus na temat planu Balcerowicza.

Problem bowiem w tym, że Balcerowicz wciąż jest w Polsce bogiem. Wbrew pozorom czczą go nie tylko publicyści Gazety Wyborczej czy Tygodnika Polityka. Balcerowicza czczą także publicyści prawicowi. Co więcej poglądy Balcerowicza nieświadomie podziela także duża część samego “ludu”. Wykopowy korwinizm z jego ubóstwieniem wolnego rynku, pragnieniem likwidacji ZUS i solidarnościowego systemu emerytalnego, podziwem dla OFE, postulatem prywatyzacji slużby zdrowia - to naturalny wykwit polskiej neoliberalnej ideologii transformacji. Korwiniści nie mówią wprawdzie otwarcie, że Balcerowicz jest ok, część z nich może nawet uważać go za złodzieja. Niemniej jednak Korwiniści czy Kukizowcy typu Marek Jakubiak podzielają zasadniczą wizje transformacji, którą stworzył Balcerowicz. Tą wiare podziela także pewna część sympatyków PiS. Uważają oni wprawdzie liberałów za złodziei, ale jednak w temacie polityce gospodarczej często podzielają poglądy wpojone przez neoliberałów.

Wyznanie wiary Balcerowicza jest znacznie bardziej powszechne niż się wydaje. Zakłady padły bo były niewydolne, nie było sensu ich ratować, dobrze, że upadły. Ludzie byli bezrobotni, bo byli niezaradni. Ktoś stracił prace? Gdyby był zdolny i zaradny szybko znalazłby nową. Tego typu poglądy stały się normą nie tylko w środowisku “elit”, stały się też normą w “ludzie”, w mitycznej “klasie średniej”. Wizja transformacji stworzona przez Balcerowicza jest dogmatem po obu stronach barykady.

Czy faktycznie nie było alternatywy

Fundamentalnym dogmatem ideologii transformacji jest przekonanie: nie było alternatywy. Ten pogląd jest dosyć często wyrażany przez polskich neoliberalnych publicystów. Nie ma alternatywy dla kapitalizmu. Alternatywą dla polskiego modelu transformacji może być Kuba, lub Korea Północna, ale przecież te kraje są skrajnie biedne. Więc widzicie? Nie ma alternatywy. Nie chcecie być jak Kuba.

U podstaw tego dogmatu leży przekonanie, że wybór istnieje jedynie pomiędzy kapitalizmem w takiej formie jaki był budowany w Polsce a komunizmem. Albo Balcerowicz albo komuna.

Zaskakujące jest, że tak łatwo było sprzedać ludziom manipulacje zawartą w tym twierdzeniu. Manipulacja polega tutaj na tym, że istnieje przecież wiele rodzajów kapitalizmu. Kapitalizm USA różni się drastycznie od kapitalizmu Szwecji czy Norwegii. Kapitalizm Niemiec różni się od kapitalizmu Wielkiej Brytanii czy Francji. Kapitalizm to bardzo zróżnicowany system, praktycznie w każdym kraju wygląda inaczej. Akceptacja gospodarki wolno-rynkowej nie oznacza akceptacji najbardziej skrajnego i agresywnego jej modelu, a taki właśnie próbowano tworzyć w Polsce.

Istotne jest więc nie to, czy istnieje alternatywa dla kapitalizmu. Ważne jest pytanie jaki dokładnie kapitalizm chcemy budować, czy nasz kapitalizm ma być podobny do modelu szwedzkiego czy raczej do modelu USA. Tego rodzaju dyskusji nie było w Polsce w ogóle. A priori uznano, że pewien model kapitalizmu sprawdzi się u nas najlepiej.

Wybrany model wcale nie był doskonały. Woś wytyka więc polskim reformatorom błędy popełnione podczas transformacji. Pisze np. że polski przemysł mógł przetrwać transformacje gdyby nie destrukcyjna polityka polskich liberałów. Oczywiście polskie zakłady były zadłużone, były zapóźnione technologicznie. Mimo to rząd narzucił im drakońskie warunki (popiwek), które sprawiły, że firmy nie były w stanie konkurować z firmami zachodnimi. Woś porównuje polskie firmy do uczestników spartakiady, których wysłano na olimpiade i związano nogi. Uczestnicy spartakiady potrafią biegać i mają talent ale nie są w stanie konkurować z olimpijczykami. Podobnie polskie firmy nie były w stanie konkurować z firmami zachodnimi, ale być może dałoby się ocalić niektóre z nich, gdyby rząd prowadził wtedy odpowiednią polityke.

Ciekawe są te sekcje książki, które rozliczają się z mitami narosłymi dookoła budoywy polskiego kapitalizmu. Jednym z takim mitów jest mit handlarzy sprzedających z łóżek polowych na początku lat 90-tych. Ten drobny handel był przedmiotem dumy polskich liberałów. Uważano, że wielu z tych handlarzu to takie historie sukcesu typu od pucybuta do milionera. Problem w tym, że piewcy polskiej transformacji zapomnieli co działo się z tymi handlarzami w drugiej połowie lat 90-tych i później. Otóż zdarzyły się centnra handlowe i galerie handlowe, zdarzyły się władze miasta, które zwyczajnie likwidowały giełdy i bazary.

Stopniowo więc ci wielcy zwycięzcy transformacji sprzedający z łóżek polowych,
przeobrazili się z bazarowych krezusów w właścicieli malutkich sklepików, z których trudno wyżyć lub wręcz w kasjerów w supermarkecie. Można spekulować na jakie partie dzisiaj głosują, moim zdaniem raczej na PiS.

Wybrana koncepcja polskiej transformacji budziła sprzeciw także w obozie politycznym, który przeprowadzał zmiany. Aleksander Małachowski na przykład odczuwał wyrzuty sumienia, uważał, że ludzie mogą kiedyś rozliczyć obóz solidarności z tych zmian. Ba, mówił nawet, że plan Balcerowicza był atakiem na podstawowe prawa człowieka.

Sam plan Balcerowicza został uchwalony w 11 dni, duża część poprawek została podobno wprowadzona w pośpiechu i bez żadnych uzgodnień z MFW czy ekspertami. Na przykład Waldemar Kuczyński wspomina, że w pewnej chwili podczas prac nad planem Balcerowicz obniżył indeksacje płac z 56% do 24%. Bez konsultacji z nikim. W efekcie w 1990 roku ceny wzrosły nie o 45% a o 90%, płace natomiast wzrosły jedynie o 24% a nie o 56%. Plan nie był w ogóle przedmiotem żadnej dyskusji, został de facto narzucony sejmowi i posłom. Część z nich miała poważne wątpliwości wobec niego, plan i tak jednak przeszedł.

Zdaniem Wosia istniały ponoć pewne alternatywy i nie było wcale tak, że tylko plan Balcerowicza oferował sensowny model transformacji. Istniał na przykład raport z podróży studyjnej do Szwecji, który szczegółowo opisywał szwedzki model kapitalizmu. Wybrano jednak raczej model brytyjski w stylu Margaret Thatcher. Oczywiście rząd miał pełne prawo do takiej decyzji, trudno jednak mówić, że nie było altenatywy.

Patologie rynku pracy

Tytuł książki sugeruje, że patologie rynku pracy będą głównym tematem. Są one tematem jednego ze środkowych rozdziałów. I znowu patologie rynku pracy są raczej powszechnie znane i opisywane w licznych anegdotach. Praktycznie każdy zna i słyszał jakieś historie o polskich Januszach biznesu, którzy cynicznie i często w skandaliczny sposób wyzyskują pracowników. Te wszystkie historie nie przekładają się jednak praktycznie w ogóle na dyskurs ekonomistów, publicystów ekonomicznych itp.

Pewna część tych patologii wynika niestety z polskiego prawa pracy i całej otoczki polskiego kapitalizmu. Jedną z takich patologii jest permanentna tymczasowość zatrudnienia i dominacja śmieciówek w niektórych branżach. Woś przywołuje rezultaty ciekawego raportu Katarzyny Dudy na temat outsourcingu usług sprzątania w instytucjach publicznych.

Oburzające jest to, że polskie urzędy, szkoły, uniwersytety, które przecież teoretycznie powinny dawać jakiś przykład innym podmiotom, są de facto prymusami najbardziej toskycznych form zatrudnienia. Jak podaje Duda średnie stawki dla ochroniarzy w usługach publicznych w 2015 roku wynosiły 4-5 zł na godzine. Czyli o wiele mniej niż stawka minimalna. Normą są nadgodziny. Pracownicy sami decydują się na nadgodziny ponieważ nie są w stanie przeżyć pracując w normalnym wymiarze czasu. Ciekawym przypadkiem jest historia pracownika, który pracował 60 godzin pod rząd w dwóch instytucjach. Najpierw jeden dyżur 24 godziny w jednym miejscu, potem drugi dyżur 24 godzin w innym urzędzie, i potem 12 godzin w pierwszym urzędzie. Do tego dochodzi niestabilność zatrudnienia, brak urlopu, poczucie, że w wypadku choroby pracownik zwyczajnie straci prace.

Co ciekawe same urzędy nie ufają pracownikom tymczasowym zatrudnianych przez zewnętrzne firmy. Na przykład w jednym z sądów firma zewnętrzna sprząta wszystkie budynki poza jednym z pięter gdzie urzęduje prezes i dyrektor. Tam sprzątają pracownicy zatrudnieni przez sąd.

Los sprzątaczek czy ochroniarzy niewiele jednak obchodzi polskie media. Dominująca prawicowa narracja uznaje, że a) są sobie sami winni; b) gdyby mieli talent i chęć ciężkiej pracy to mogliby się wydobyć ze swojego złego położenia. Do tego dochodzi specyficzny dyskurs na temat wykluczonych, który uznaje ich za roszczeniowy irracjonalny plebs.

Złość i śmiech

W sumie książka przełamuje pewien schemat myślenia o polskiej gospodarce. Ten dominujący dyskurs na ogół koncentruje się na pozytywnych metaforach typu zielona wyspa, ciepła woda w kranie itp. Generalnie transformacja jest ujmowana jako wielki sukces, którego nie powinno się krytykować. Ten paradygmat wciąż trzyma się mocno i wzmacnia go PiS. Dzisiaj PiS daleki jest od głoszanie tezy o Polsce w ruinie. Partia Kaczyńskiego poszła w ślady PO i opowiada raczej o ogromnych sukcesach, innowacjach, wzroście gospodarcznym itp.

Dominacja narracji o zielonej wyspie sprawia, że reakcje na publicystyke Wosia bywają ostre. Niektórzy wyśmiewają jego tezy, innych wkurza. Jest jednak pewna szansa, że kiedyś, może już niedługo, zaczniemy traktować krytyke polskiej transformacji poważnie.


ostatnia edycja